RSS
poniedziałek, 31 maja 2010
Smętek jakiś
Ostatnie dni mijały pod znakiem kupowania aut. Kupiliśmy i my, i moi Rodzice. Teraz wszyscy w kółko opowiadają ile czego to ma w środku. Ja tam się cieszę z jednej rzeczy - w końcu mam samochód tylko dla siebie! Nie muszę czekać, aż szanowny małżonek wróci z pracy żeby sobie wyskoczyć z suką do lasu czy na zakupy. Podjęliśmy decyzję, że nie sprzedajemy dotychczasowego auta w właśnie po to, żebym i ja była mobilna. Nie potrzebuję turboczegoś i elektrycznego innego duperklasu do szczęścia. Nasz seacik jest znajomy, sprawny, zwinny i szkoda by mi go było oddawać. Ten czołg co to go sobie mężu kupił, jeszcze dla mnie mało znajomy. Jedzie się nim jak na wojnę. Tylko lufy mu brakuje. Okolico witaj, teraz będę zwiedzać. Właśnie mam zamiar po pracy sobie pojechać na moją wieś, dyżur mam dopiero jutro rano, więc zdążę się jeszcze wyspać.
Tylko pogoda coś nietęga. W ogóle maj w tym roku nas nie rozpieszcza. Jak nie pada to wieje, jak nie wieje to zimno. Wczoraj znów burzowo. Nie tam, to nie tak ma wyglądać. Dobrze, że chociaż jest zielono, bo mnie te zimowe nagie drzewa strasznie frustrowały. Na wsi jakoś tak bardziej się czuje, że to ten najładniejszy miesiąc. Może w końcu nie zapomnę zrobić chociaż kilku fotek. Niby aparat wożę w torebce a zawsze zapominam.

Misiek też ostatnio zafascynowany motoryzacyjnie. W kółko słyszę o wydechach, modułach, reflektorach... Jemu akurat nie samochody, ale skuter w głowie. W kółko gdzieś jeździ jak jesteśmy na wsi. Cała młodzież w jego wieku zaskuterowana. On też. Czy ja nie mogłam mieć córki? To znaczy - dodatkowo córki. Byłoby chociaż po równo a tak to tych facetów ciut za dużo. Gdyby nie mama to nie miałabym z kim pogadać po babsku.

Trochę mnie martwi, że mieszkając tu już cztery lata nie zawarłam bliższej znajomości z żadną sąsiadką. Jacyś wszyscy tutaj zamknięci w sobie. Moi sąsiedzi z piętra są koszmarnie niekontaktowi. Ja nie mówię o wspólnych kawkach i takich tam. Ale chociaż coś poza - dzień dobry. On jest jeszcze w miarę. Pomógł nam wnosić meble kiedy się przeprowadzaliśmy. Zlitował się bo widział, że ja za chwilę usiądę na którymś półpiętrze i zacznę ryczeć. Za to ona... No jak ja z nią zamieniłam pięć zdań przez te lata sąsiadowania to jest wszystko. O ich synku już tutaj pisałam. Ten to nawet nie umie się przywitać. Nic to, mam znajomych w Warszawie. Tęskno mi czasem, bo niby blisko, a wybrać się nie ma kiedy. Zawsze sobie obiecuję, że zacznę częściej jeździć, pielęgnować te znajomości i nic z tego nie wychodzi. Ostatnio byłam u bratowej pod koniec kwietnia. I to też biegiem, wracając z firmy urwałam sobie godzinkę czasu. Moja cała rodzina, poza rodzicami, jest tam. W zasadzie całe moje życie ot tak - zostało w Warszawie. Częściej jestem teraz na wsi, gdzie mieszka rodzina męża. Bliżej jestem z jego siostrą niż z własnymi kuzynami i kuzynkami. Wychowaliśmy się razem, a teraz nie mamy dla siebie czasu. Raz na jakiś czas staramy się organizować takie nasze spotkania. I wtedy czuję że jestem wśród bliskich, na swoim miejscu. Tylko czemu tak rzadko?

Wpadłam w jakiś smutny nastrój. Wcale nie miałam zamiaru o tym pisać. Samo mi jakoś wyszło spod klawiatury. Ja sobie a myśli sobie. No to niech już zostanie skoro tak.
06:19, porzeczkowa-ja
Link Komentarze (1) »
środa, 26 maja 2010
wpis - lekarstwo na sen
To znowu ja. Wasz nocny korespondent. Hmm trochę wymiętolony ten korespondent, a dzień się zapowiada bezsenny. Na jedenastą jesteśmy umówieni w banku, potem mężu wymyślił zakupy, potem jeszcze mamy zdaje się w końcu kupić samochód a wieczorem trzeba mamusie odwiedzić. Obie. Ha! Kto mi da skrzydła? Ewentualnie jakiś wiatraczek wetknie wiadomo gdzie? Z takim napędem może dałabym radę. Ewentualnie dzisiejszy dzień upłynie pod znakiem Tigera. Tego w puszce. Już w tej chwili mam zawirowania, niewiele widzę i niewiele myślę. Trzymać się, nie dać senności. Ten wpis to też takie małe lekarstwo. Jak piszę to jakoś mi czas szybciej płynie.
Szczęście całe, że kolega obiecał mnie zastąpić już o szóstej. Nie tak znów bezinteresownie. Zaczęłam pracę dwie godziny wcześniej, żeby on mógł się wyspać. I tak jestem mu wdzięczna. Te godziny od szóstej do ósmej to dla mnie najtrudniejszy czas.
No i mam już grafik na czerwiec. Wcale już mnie nie dziwi, że mam cztery nocne dyżury po kolei. I od cholery nocy poza tym. Natomiast zastanawiam się, jak ja to wytrzymam. Najwyżej zasnę kiedyś z nosem na klawiaturze i tyle.
Ciekawe - mimo tego, że kręci mi się w głowie to zaczynam mieć dobry humor. Głupawka jakaś czy co?
Opycham się ptasim mleczkiem, popijam Tymbarkiem jabłkowo porzeczkowym i ogólnie życie nie jest takie złe. Tylko niech mi się ktoś pozwoli w końcu wyspać...
Pewnie jak zobaczę jutro to marudzenie, będę chciała je czym prędzej skasować. A czytających proszę o wyrozumiałość. To miało być lekarstwo na senność. Troszkę pomogło :)



05:41, porzeczkowa-ja
Link Komentarze (2) »
wtorek, 25 maja 2010
Damulka
Jako że to blog robótkowy jest, a robótek w nim jak na lekarstwo, dziś się poprawiam i pokażę Wam Damę co to ją w pocie i trudzie haftuję już od blisko roku. Jeszcze rok i będzie gotowa mam nadzieję. Przekładałam dziś tamborek i pstryknęłam zdjęcie, chociaż od ostatniej fotki postępy nie są jakieś oszałamiające.




Wymiętolona jest strasznie, brudna też, ale prać nie będę. Kiedyś się upierze. Ja ją widzę oczyma wyobraźni już oprawioną i na ścianie. Kiedy to będzie?

Mam dziś zebranie w szkole. Może już ostatnie w gimnazjum? Czy Wy też tak nie cierpicie tych wywiadówek? Mnie coś w krzyżu strzyka, jak mam iść i wysłuchiwać tokowania innych mamuś. Tatusiowie jakoś niewiele mówią, są konkretni do bólu. Mamusie za to... Jedna mądrzejsza od drugiej. Po palcu wiadomo gdzie wchodzą wychowawczyni... ja tak nie umiem. No, ale iść trzeba, pewnie wyskoczyć z pewnej sumy pieniędzy, posłuchać i dowiedzieć się co w trawie piszczy. Oby za bardzo jednak nie piszczało bo ktoś na M w domu będzie śpiewał cienkim głosem :) Podejrzanie grzeczny jest od kiedy wiem o tym zebraniu, Nieładnie mi to pachnie.

10:03, porzeczkowa-ja
Link Komentarze (4) »
środa, 19 maja 2010
Kocięta
Dziękuję Wam za poparcie. Mądre wychowywanie dzieci to sztuka. Ja nie jestem w niej mistrzem i zdaję sobie sprawę z popełnionych błędów. Nie ustrzegłam się ich, pewnie nikt nie jest nieomylny. Wychodzi mi to teraz w praniu ale cóż. Jak się nawarzyło piwa to je trzeba wypić. I wiem, że rodzice dziecka o którym była mowa wypiją je również.

Misiek na wycieczce. Pogodę jaką ma, każdy widzi. Młodemu najwyraźniej ona nie przeszkadza. Też by mi pewnie nie przeszkadzała, gdybym dzięki temu mogła spędzić tydzień z dala od obowiązków.
Podania do szkół złożone. Teraz tylko dziecię moje musi się zdobyć na wysiłek uzyskania w miarę ładnego świadectwa. Potem już będę mogła przestać się denerwować.

A u mojej teściowej obok studni jest porodówka. O proszę:



Te trzy kluseczki to dzieci obu kotek. Nie wiadomo, które są czyje bo i porody odbyły się równocześnie. Pierwszy raz kotki nie wyniosły maluchów do stodoły, nie schowały - zaufały ludziom.

A teraz zmykam spać - dziś znów nocny dyżur :(
18:55, porzeczkowa-ja
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 17 maja 2010
co się działo przy obiedzie
Dziś wpis będzie o dzieciach. Nie moich, cudzych. Jeśli ktoś poczuje się urażony to przepraszam z góry, ale muszę sobie ulżyć.
Poszliśmy sobie wczoraj z mężem na obiad. Czasem chciałoby się nie gotować, wyjść z domu, wejść do jakiejś miłej knajpki i niech nam podadzą. Niech sobie posiedzimy, pogadamy. Ot tak sobie.Takie były założenia.
Siedzimy sobie, jemy, a w międzyczasie do stolika naprzeciwko usiadła para z małym dzieckiem. Wierzcie czy nie, ale mimo, że lubię dzieci, miałam ochotę wstać i wyjść w połowie obiadu. Dziecko mniej więcej dwu - trzyletnie. Po minucie od wejścia zaczęło krzyczeć. Nie płakać - zanosić się płaczem. Nie marudzić - krzyczeć na cały głos. O spokojnej rozmowie mogliśmy zapomnieć. Mało tego, maluch dostał swoje jedzonko, rozpaćkał je po całym stole, upaćkał siebie i mamę. Po czym zaczął nim pluć. Takim przeżutym. Siedziałam dokładnie w takim miejscu, że nie dało się tego nie widzieć mimo najlepszych chęci. Jakoś jedzenie przestało mi smakować. Wręcz się cofało chwilami... Albo ja jestem jakaś nietolerancyjna albo coś z tymi rodzicami nie tak? Chodziliśmy z małym Miśkiem na obiad na miasto. Staraliśmy się jednak, żeby nikomu nie przeszkadzał w spokojnym spędzaniu jego czasu. Jeśli zdarzyło się, że miał zły humor po prostu staraliśmy się go uspokoić, wychodziliśmy na zewnątrz, zabawialiśmy, zagadywaliśmy, rozśmieszaliśmy. W opisywanym przeze mnie przypadku żadnej mądrej reakcji ze strony rodziców nie było. Za to ja byłam ciekawa, czy mamusia z tatusiem dołączą do tego plucia, wrzeszczenia i rzucania jedzeniem. Wrzeszczenie było - miało chyba uspokoić malucha, a wywoływało efekt zupełnie odwrotny.Jeśli ktoś powie, że rodzice mają prawo iść z dzieckiem na obiad to się zgodzę, ale czy inni mają w związku z tym jakieś ograniczone prawa do spędzania własnego wolnego czasu? W spokoju i bez jedynej w swoim rodzaju okazji oglądania ponad własnym talerzem plującego dzieciątka?
12:53, porzeczkowa-ja
Link Komentarze (3) »
niedziela, 16 maja 2010
wolne i już po...
Były sobie dwa dni wolne i... się zmyły. Nawet nie wiem, kiedy. Odkryłam za to jak bardzo byłam zmęczona. W czwartek pojechaliśmy na wieś nasza kochaną. Po drodze wstąpiliśmy na rynek, kupiłam morze pelargonii i innych takich tam kwitnących roślinek. Dojechaliśmy przed południem. Roślinki posadziłam, pozachwycałam się tym co mi powyłaziło, zakwitło czy też wedle uznania - przekwitło. Po drugiej stwierdziłam, że ja to chyba po nocy jestem i że trzeba się raczej położyć coby w biegu nie zasnąć. No to zapakowałam się do sypialni. Mężuś mój drogi pojechał sobie do domu - on tez po nocy. Obudził mnie telefon. Zaspana patrzę - świta. Mówię do męża (bo to on dzwonił) - a ty już wstałeś? Tak rano? Dopiero się przejaśnia. Po drugiej stronie jakoś cicho się zrobiło i po chwili - hmm, a wiesz że jest po 21? Tego samego dnia? Pogadaliśmy chwilkę, odwróciłam się na drugi bok i wstałam już prawidłowo,w piątek o godzinie dziewiątej. Wniosek z tego, że dopóki chodzę to wiem, że jestem zmęczona, ale jak już mogę odpocząć to okazuje się, jak bardzo.
Żal tylko, że pogoda była pod psem. Nie posiedziałam na tarasie, nie pogrzebałam za dużo w ogrodzie. Cóż, tak to już ze mną jest. Jak pracuję to pogoda, jak mam wolne to pada.
Odkryłam za to, że w końcu będziemy jeść gruszki z naszego sadku - pierwszy raz. Jest ich zatrzęsienie. Pewnie połowa opadnie bo takie małe drzewka tylu nie utrzymają, ale są, nawet się rumienią chociaż jeszcze maleńkie jak paznokieć. I śliwki są, i czereśnie i wiśni trochę. Cieszę się, bo niby można iść do sklepu i kupić to samo, ale to jednak nie to co z własnego drzewa. Takiego, co to się je posadziło i wyczekało aż urośnie. No i orzech nie zmarzł, pierwszy raz mamy orzech z liśćmi. Zawsze sadziliśmy na jesieni i wiosną nic z tego nie było. Tym razem się udało.
Pochwalę się jeszcze, że zabrałam ze sobą obrus i nawet kilka rzędów udało mi się zrobić. Ręce mi się odzwyczaiły od szydełka, boli mnie nadgarstek. Jeszcze mniej więcej jedna trzecia do zrobienia. Jak się nie zniechęcę to może mi się uda dociągnąć do końca. Zaczęłam go w czerwcu ubiegłego roku, Czas by było na finisz prawda?
Michał jutro wyjeżdża na wycieczkę do Władysławowa. Martwi mnie ta pogoda za oknem. Nie zanosi się na słoneczny tydzień. Cóż, dla niego pewnie i tak to będzie fajny wyjazd. A mnie czeka dziś prasowanie, pakowanie i myślenie, czy o niczym nie zapomniałam. Najważniejsze, żeby zabrał coś ciepłego bo nie sądzę, żeby mieli okazję do chodzenia w krótkich spodenkach.

Buziaki :)
05:29, porzeczkowa-ja
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 maja 2010
pechowy trzynasty?
Jak tu nie wierzyć w trzynastkę? Takiego dyżuru jak dzisiejszy dawno już nie miałam. Po dwunastej w nocy milion spraw i to z gatunku tych trudnych, ciężkich do wyjaśnienia. Dodatkowo w nawale pracy pomyliłam się i to w sprawie, którą wyjaśniałam na polecenie przełożonego. Oby się rozeszło po kościach. Naprawiłam błąd, teraz trzeba zaciskać kciuki, żeby się nie dopatrzył. Na dodatek dwa razy padł mi net a to mi się raczej nie zdarza. Co jeszcze? Z niepokojem patrzę na zegar. Dziś kończę o szóstej. Mój wspaniały młodszy kolega obiecał, że mnie zmieni dwie godziny wcześniej. Jest aniołem. Może na mój nastrój wpływa niewyspanie po wczorajszej nocy? A może to już PMS? Pewnie jedno i drugie.
Rano jadę do siebie na wieś. Zapomnieć o pracy, o komputerze.. Dwa całe dni tylko dla siebie. Zabiorę ze sobą zapomniany obrus. Może mi się uda wzbudzić w sobie chęć do jego ukończenia? A może klapnę sobie z drinkiem na tarasie i zapatrzę się przed siebie nic nie robiąc? Wszystko jedno, oby jak najdalej od komputera!


jetel - właśnie widzę, że to ciągła i niekończąca się historia z tym balkonem. Może jednak tym razem to mazidło pomoże? Oby tak się stało :)

skaleczko - moje dziecię dopiero wybiera szkołę średnią ale jak widać, i to nie jest łatwym wyborem. A w szkole.. chyba mają to w nosie. Niech sobie młodzież sama radzi i tyle... A spółdzielni nie cierpię.

mamuśka - też ich ubiję, jeśli teraz nie skończą to ubiję jak pragnę zdrowia...
A z kolczykami w różnych częściach ciała to się też nie zgadzam, tyle że jak widzisz, nasze niezgadzanie to oni mają za przeproszeniem gdzieś. Mój se jeszcze żadnego żelastwa nigdzie nie wsadził, ale wszystko przed nami. Oby nam cierpliwości i serca nie zabrakło :)
05:05, porzeczkowa-ja
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 maja 2010
wybieramy szkołę, demolujemy balkon...
Nadszedł czas wyboru miśkowej szkoły. Co to będzie? Dziecię me pojęcia nie ma, co chciałoby w życiu robić. Raz chce być inżynierem, raz dziennikarzem a dziś stwierdził, ze będzie blacharzem. Mam nadzieję, że chociaż to ostatnie było żartem...  Nie nadążam za nim. Siedzimy, rozmawiamy spokojnie a za chwilę robi się z tego awantura na sto fajerek. Obejrzałam kilkanaście informatorów z różnych szkół i raczej wiem, jaką powinien wybrać. Szkoda tylko, że to się absolutnie nie pokrywa z tym, co on sobie wymyślił. Nie będę go pchała na siłę. Próbuję spokojnie wytłumaczyć, czemu właśnie tak myślę. Szkoda tylko, że moje argumenty trafiają w próżnię. Szkoła, która wydaje mi się najlepszym wyborem jest dość daleko. Nie mamy transportu miejskiego, Trzeba by chodzić piechotą albo dojechać rowerem. Misiek chodził nie będzie. Za daleko. Będę musiał wcześnie wstawać. Też mi argumenty... Doszliśmy do porozumienia jeśli chodzi o jedną ze szkół. Wybraliśmy klasy i to już jakiś postęp. Można składać papiery do trzech. Ciekawe, czy zdążymy bo w tym tempie to jakoś czarno to widzę.
Ja sama pamiętam jeszcze, że kierowały mną równie bezsensowne pobudki jak w jego przypadku. Poszłam do tej samej szkoły, do której chodziła moja siostra. Bo nie będę sama... To był najgorszy możliwy wybór i do dnia dzisiejszego odbija mi się czkawką. Szkoda, że ktoś mi tego nie wybił z głowy. Mam nadzieję, że spokojną rozmową jakoś trafię do główki mojego dziecka. Kropla drąży skałę prawda?

Znów rozwalili mi balkon. Coś mnie trafi niedługo. To już trzeci raz odkąd tu mieszkamy, a we wrześniu mija trzy lata. Ileż można? Bo sąsiadom z dołu cieknie... No to jak cieknie to zróbcie to raz a dobrze. Nie rozumiem tej roboty. Trzy razy skuwać terakotę, wylewać coś na gołym betonie, kłaść nowe płytki. Przecież my wszyscy za to płacimy. Tym razem się prawie popłakałam. Mieszkam na ostatnim piętrze. Mam okna dachowe. I co rok zalewane mieszkanie. Pokój Michała wygląda tragicznie. Zacieki na całym skosie i na ścianie. Proszę, zgłaszam, pokazuję co się dzieje. I co? I robią po raz trzeci BALKON! Bo sąsiadowi z dołu zalewa. Żeby mu zalewało mieszkanie, to rozumiem. Jemu zalewa balkon. To ja pytam, co będzie, jak ja sobie wyjadę, przyjdzie burza, zaleje mi kuchnię i gniazdka elektryczne? Czy będzie co zbierać? I z mojego mieszkania i z tego niżej? Nie mam już siły do tej spółdzielni. Chyba najbardziej na świecie dbającej o balkony (wiem, ze się powtarzam, wiem). Rok temu je nawet ocieplili!
Wracając do demolki. Panowie przyszli, skuli terakotę, pomazali beton czyms białym i zapowiedzieli się na następny dzień. Padało. Umówili się na dzień następny. Przyszli z wiaderkiem kleju i terakotą pod pachą, położyli klika płytek, umówili się na kolejny termin. W kolejnym terminie znów padało, przyszli dziś. Z wiaderkiem kleju, maszyną do cięcia i kilkoma płytkami. Położyli to, co płaskie. Umówili się na kolejny termin. Bo trzeba cokolik i zafugować. Jak tak dalej pójdzie to nas zastanie następna wiosna, kiedy to będzie trzeba znów wszystko skuwać, bo sąsiada zalewa.

Mnie też zalewa - krew nagła!

Wyżaliłam się, dobrze że mam gdzie...
Buziaki:)
04:46, porzeczkowa-ja
Link Komentarze (4) »
środa, 05 maja 2010
Ratunku - mlecz!
Szybki wpis specjalnie dla mamuśki73 :)
Mlecze są śliczne i koniec, ale najlepiej jak sobie kwitną gdzieś z dala od naszego trawnika, mam takie samo zdanie :)
A zwalczać je można tak:
-zastosować herbicyd co to zwalcza rośliny dwuliścienne - jakiś Chwastox czy co tam masz u siebie dostępne.. Po opryskaniu rośliny dwuliścienne zdechną i tyle.
-można też wydłubywać pracowicie to tałatajstwo razem  z korzeniami - u mnie to nierealne - 2000m trawnika, zapłakałabym się przy pierwszych kilku.
-no i to, co ja robię najczęściej (przy pomocy mojego męża) - kosić, kosić, kosić, ustawiając kosiarkę na króciutkie cięcie. Tylko że one łobuziaki potrafią się schylać i natychmiast po skoszeniu podnoszą główki. Spryciarze!
Innych metod nie znam. Pewnie można jeszcze przeorać trawnik i zostawić gołą ziemię ale podejrzewam, że za chwilę one i tak się tam znajdą :)

Wszystkie mlecze rosnące za płotem serdecznie przepraszam za te tałatajstwa, łobuziaki i takie tam. Wy tam na łące to jesteście cud natury. Cały wpis dotyczył tych chwastów z mojego trawnika :)
00:22, porzeczkowa-ja
Link Komentarze (1) »
wtorek, 04 maja 2010
Wiosna, ach to Ty!
My już po egzaminach. Poszło chyba nieźle, ale wszystko wyjaśni się w czerwcu. Misiek w miarę zadowolony, zwłaszcza z części humanistycznej. Nie pozostaje mi nic innego jak wierzyć, że stanął na wysokości zadania. Wyglądał strasznie dorośle w tym swoim garniturze. Aż mi się łezka zakręciła jak go takim zobaczyłam bo ja w zasadzie to jeszcze czuję bóle porodowe a on taki dorosły się robi. Krawat tez mi się udało pięknie zawiązać. Dumna mamusia jestem, oj dumna.
Nerulko, dziękuję za życzenia. Na pewno pomogły :)
Renatko, nie dam rady z wymianką, przepraszam. Pierwszy raz się wyłamałam, ale musiałam zdroworozsądkowo podejść do tematu. Chciałam, bardzo... Tylko kto mi pożyczy worek czasu?
Ogólnie ja wszystko ostatnio robię w ślimaczym tempie. Za dużo na raz i jeszcze ciągle pracuję. Z majowego grafiku wynika, że muszę przepracować 12 nocy, kilka popołudni i poranków. Po tych nocach to w zasadzie nie nadaję się do niczego, co tu w ogóle myśleć o przyjemnościach...
No, ale jakies drobne przyjemności miewam. Na przykład ogród. Pisałam ostatnio o suchych clematisach i o tym, jak się budzą do życia. Wygląda to w tej chwili tak:

a za miesiąc pewnie będzie już całkiem zieloniutko i możliwe, że nawet będą już kwiaty.
Rododendrony jeszcze w pąkach, poza jednym, kupionym w tym roku. Pewnie pochodzi z jakiejś ciepłej szkółki.

Ziemia trochę osiadła, trzeba dosypać. No ale jest cudny i wpasował się akurat w wolny zakątek przy tujach.
No i w sadku już pięknie. Kończą kwitnąć śliwy a zaczynają jabłonie. Kwiaty jabłoni mają w sobie jakąś magię, czar, obietnicę. Uwielbiam jak kwitną.

Łąki tez już piękne. Żółciutkie i białe. Jak marzenie. I pomyśleć, że jeszcze miesiąc temu było szaro i ponuro...




No i nie mogę się powstrzymać, żeby tego żółtego nie dodać więcej. Należy mu się, mleczowi jednemu, należy, chociaż taki pospolity. Co z tego, skoro taki słoneczny, majowy, pozytywnie puchaty. I z mrówkami :)

No i zdominowała mój dzisiejszy wpis wiosna. Niech będzie kolorowo, teraz nam właśnie tego potrzeba. Po miesiącach szarości, bieli, zimna i burego nieba niech nam będzie w duszach ciepło, kolorowo, majowo i świergotliwie. Należy nam się, a jak!

Buziaki :)
14:39, porzeczkowa-ja
Link Komentarze (2) »
Dodatki na bloga
Dodatki na bloga
Dodatki na bloga