RSS
piątek, 29 maja 2009
dialog?
Dziś króciutko. Jestem po rozmowie.

Szef:
- Czy mogłaby pani opuścić stanowisko pracy?
Porzeczkowa:
- Z przyjemnością!

Mina szefa? - bezcenne! Co za satysfakcja! :))

23:01, porzeczkowa-ja
Link Komentarze (3) »
czwartek, 28 maja 2009
Stressss
Ciężko mi się zebrać, żeby skrobnąć parę słów. Żyję w takim stresie, że pewnie niedługo z nerwów zjem sobie sznurowadła.

To ciągle niezałatwiona sprawa z pracą. Nie wiem, ile to się jeszcze będzie ciągnęło, ale moja psychika zaczyna przypominać dziurawe wiaderko.

Dzisiejszy dzień był tragiczny. Od rana czekałam na zapowiedzianą rozmowę i chodziłam jak lew w klatce. Ten lew to może nie jest dobry przykład, bo to przypominało bardziej miotającego się z kąta w kąt wystraszonego królika. Och te moje iście królicze podskoki na dźwięk otwieranych drzwi... Nie do podrobienia! Szefowa w roli polującego drapieżnika też na pewno by się sprawdziła.  Cyrk na kółkach a nie odchodzenie z pracy z godnością. Jeśli to potrwa jeszcze trochę to pewnie zapiszę się do psychiatry i będę nalegała, żeby mnie przyjął poza kolejnością.

Chyba nawet mam pewne objawy niezrównoważenia. Drętwieją mi ręce, trzęsę się chwilami jak galareta, nie mogę spać. Jeść też nie mogę, ale to akurat mi nie zaszkodzi.

Dzisiejsza rozmowa się nie odbyła. Zostałam poinformowana, że jutro. Wczoraj słyszałam to samo. Ile jeszcze?

Wiem, że ten wpis jest chaotyczny, ale na nic więcej mnie dziś nie stać. Trzymajcie za mnie kciuki. Niech to się wreszcie skończy!
19:46, porzeczkowa-ja
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 25 maja 2009
się chwalę :)
Dzięki za to, że Was nie znudziłam swoim pisaniem :) Będę Was pewnie zamęczała często, bo ostatnio mam jakieś ciśnienie na wyrzucanie z siebie wszystkiego.
Ale dziś króciutko i fotkowo bo muszę się pochwalić, co znalazłam dziś w skrzynce. Sylwia, dziękuję! Ty wiesz, że Cię kiedyś wyściskam najmocniej, jak potrafię.
tadammmmmm...


Zobaczyłam ten zestaw w jakimś zagramanicznym sklepie i normalnie padłam z wrażenia. Drogi był, że hohohoooo... Na miłość jak wiadomo, nie ma lekarstwa, a ja się w tym obrazku zakochałam na zabój. I pewnie długo bym tak wzdychała, gdyby nie nasza Sylwia co to mi mój przedmiot westchnień wylicytowała na ebayu :) Powzdycham sobie trochę i schowam do szafy, bo muszę najpierw skończyć poprzednie moje miłości. Ale już mam, nikt mi damulki nie zabierze, poczeka na mnie grzecznie ile będzie trzeba :)

I pochwalę Wam się jeszcze moją peonią krzewiastą. Kwitnie i aż żal jej tutaj nie uwiecznić. Kwiaty ma wielkości małego talerzyka. W tym roku tylko trzy, ale za to jakie!




Renatka mówi, że kwiaty pięknie kwitną u dobrych ludzi, więc może i ze mną nie jest tak najgorzej?
19:50, porzeczkowa-ja
Link Komentarze (5) »
niedziela, 24 maja 2009
Nowa "Ciocia"
No to wróciłam.
Przewidywałam że będzie do bani? Było jeszcze gorzej! Nowa Ciocia jest straszna. Ja rozumiem, że się wujek zakochał nagle i niespodziewanie, rozumiem, że serce nie sługa i że na starość lepiej we dwoje niż samemu. Nie potrafię tylko zrozumieć, jak można pozwalać tej "nowej żonie" na brak szacunku wobec żony poprzedniej.

Ciocię Marysię wszyscy lubiliśmy. Była wspaniałą osobą. Taką, co to wali prawdę w oczy, ale serce ma na dłoni. Pamiętam jeszcze z dzieciństwa, jak Mańka wpadała do nas jak burza, od progu krzyczała, że jest strasznie głodna i chce chleba, choćby i ze smalcem. Jadła potem i opowiadała, co słychać w szerokim świecie, nie przebierając w słowach i klnąc jak szewc. Gdybym miała tyle energii ile ona w sobie miała, pewnie mogłabym góry przenosić. Radziła sobie z dwoma synami z których jeden przysparzał jej niemało zmartwień. Wujek tez do świętych nie należał. Chorowała na kręgosłup. Spała na desce  (kiedyś koniecznie chciałam zobaczyć, jak to się śpi na desce - okazało się, że niewygodnie), jeździła do kręgarza pod Konin a zmarła na zawał. Do tej pory wspominamy niektóre powiedzonka Cioci. W naszej pamięci wciąż żyje jako ta energiczna, postawna i szczera Mańka.

Wczoraj musieliśmy wysłuchać od obcej osoby, jaka ta Maryśka była okropna. Jaki to Jerzyk biedny z nią był. Jak niedobranym byli małżeństwem. Wszystkie te sądy wygłaszała piskliwym, denerwującym głosem osoba, która Cioci nigdy nie poznała.

Widziałam, że w mojej Mamie wszystko się gotuje i wiedziałam, że nie wytrzyma długo. Moja Mama też wali prawdę prosto w oczy. Patrzę jak Mamcia zaczyna puchnąć i myślę sobie:
- oho! będzie dym jak nic!
No i moja szanowna Rodzicielka stonowanym, zimnym jak góra lodowa głosem powiedziała
- Słuchaj M....., nie rozmawiajmy dłużej na ten temat, chyba, ze chcesz się pokłócić. Na Mańkę złego słowa powiedzieć nie dam! Znałyśmy się tyle lat, Ty nie miałaś przyjemności jej poznać.
Tamta zamilkła w pół słowa. Miłą atmosferę, jaką starali się stworzyć moi Rodzice szlag trafił. Po chwili oczywiście zajęli się rozmową o czymś innym, ale wiem już, że ponownej wizyty tej pani u nas długo nie będzie :)

Dziwi mnie tylko, że Wujek pozwala, żeby ktoś opowiadał takie bzdury. Siedział jak mysz pod miotłą. Żyli ze sobą tyle lat, nie rozwiedli się, nie rozstali w złości, płakał po Cioci długi czas a teraz pozwala na coś takiego? Okropne i niezrozumiałe.

Wróciłam bardziej zmęczona niż pojechałam i zapowiedziałam, że następny weekend to ja chcę mieć cichy, spokojny i bez najazdu rodziny. Należy mi się.
Mamcia chyba podziela moje zdanie.

Ten mój robótkowy blog niepostrzeżenie zamienił się w blog bardzo osobisty. Czasem muszę wyrzucić z siebie myśli, które się we mnie kłębią a nie bardzo mam się komu wygadać. Wszystkie bliskie koleżanki zostały w Warszawie a tu niestety, nie mam jeszcze nikogo, z kim można by wypić kawę i wygadać wszystko, co się na usta ciśnie. Klepię więc tu i mam nadzieję, że nikomu to nie przeszkadza.
18:01, porzeczkowa-ja
Link Komentarze (3) »
piątek, 22 maja 2009
Wredna notka
No i mój wymarzony, spokojny weekend poszedł sobie w las zanim jeszcze się zaczął.

Rodzicom zapowiedzieli się goście i mogę sobie pomarzyć o spokojnym siedzeniu na tarasie z robótką w ręku. Pewnie na tarasie posiedzę, tak pięć minut, w przerwie między przynoszeniem herbatki a wymianą talerzyków.
W zasadzie to ja nie mam nic przeciwko zapraszaniu gości pod warunkiem, że są to osoby które znam i lubię, a tutaj sytuacja jest zupełnie inna. Przyjeżdża stary wujek z nową żoną. Nie znam tej pani a już jestem do niej uprzedzona. Właśnie przez to, że mi zepsuła zaplanowaną spokojną sobotę.

Że też nikt się na tę naszą wieś nie pcha jesienią i wczesną wiosną. Jak na dworze plucha to wszyscy wolą grzać tyłki w domach. Kiedy tylko zaczyna przygrzewać słoneczko nie ma tygodnia, żeby ktoś nie zadzwonił z propozycją wspólnego grilla. Ciekawe, że zawsze te biesiady mają się odbywać u nas. I nikt nie przyjeżdża tylko i wyłącznie na grilla. Co to, to nie. Najedzie się narodu już po śniadaniu, obiadek zjedzą, nie odmówią, potem wieczorny grill i nad ranem towarzystwo rozchodzi się po domu, żeby odespać. My z Mamą zasuwamy w kuchni, żeby ten cały bałagan posprzątać, pozmywać stosy talerzy i szklanek (nie kupuję jednorazowych bo wolę umyć niż produkować tony plastiku, z którym później nie wiadomo co zrobić). Padamy do łóżek, ale nie na długo, bo co żywsi goście zaczynają się rozłazić po domu i nie wypada spać. Staropolskim obyczajem czym chata bogata - śniadanie zaserwować pora. Potem jeszcze tylko kolejny obiadek i w okolicach 17 - 18 goście zaczynają się zbierać do domu. Dziękują wylewnie:
-och, ale tu u Was fajnie
- ehhh, zostalibyśmy dłużej
- przepraszamy za - złamane kwiaty, stłuczone szklanki, rozjeżdżony trawnik (to wujek, który nie wie, czym się różni trawa od podjazdu),
- niedługo musimy się znowu spotkać, za rzadko się widujemy (no, rzeczywiście!)

No i ja często wcale im nie mam niczego za złe, bo to akurat CI goście. Na TYCH czekam i zawsze z otwartymi rękami, i niech sobie te szklanki, kwiatki i trawę.. a niech im będzie. Czasem niestety, to zupełnie inni goście i przed takimi to ja najchętniej bym się zamknęła, wyłączyła telefony i opuściła rolety.

Kiedyś tak zrobiliśmy. Wszyscy byliśmy zmęczeni letnimi najazdami i postanowiliśmy wszystkich uświadamiać, że nie ma nas w domu, że sami gdzieś wyjeżdżamy i że ten weekend to absolutnie, i nie, i trudno. Jeden wujek się zawściekł i dzwonił chyba z 5 razy. W końcu Rodzice przestali odbierać telefony.
I wiecie co? Siedzimy sobie na tarasie, słoneczko świeci, my szczęśliwi, że nareszcie mamy święty spokój a tu nagle przy bramie coś trąbi. Już wiecie? Z samochodu wysiadł z szerokim uśmiechem Wujek, a za nim z rodzina i pies - wszyscy w doskonałym nastroju. Nam za to nastrój jakby sklęsł, ale co było robić?

No i właśnie zaczyna nam się sezon ożywionych spotkań rodzinnych. Hej, ho!

Za pół godziny mam autobus a tu się rozpadało okropnie. Może jutro też będzie lało? (w tym miejscu proszę wyobrazić sobie złośliwie uśmiechniętą Porzeczkową)

Na osłodę po tym wrednym poście wrzucę zdjęcie filecika, co to mi na jego wykończenie zabrakło kordonka. Oto i on

Krzywy strasznie, ale mam nadzieję, że jak go upiorę i naciągnę to będzie nieco równiejszy.

I jeszcze azalia - dla Realki i wszystkich, którzy lubią kwiatki.

A teraz zmykam, autobusy mają to do siebie, że nie chcą czekać na pasażerów.

hihi allleee padaaaaa
19:09, porzeczkowa-ja
Link Komentarze (3) »
Małe dziecko mały kłopot, duże dziecko...
Jak mnie za chwilę coś nie trafi to chyba już wszystko przeżyję. Moje dziecko doprowadza mnie do białej gorączki. W czym problem? W tym, że Misiek wszystko zostawia na ostatnią chwilę. Tak jest od kiedy zaczął chodzić do szkoły. Kiedyś jeszcze nad tym panowałam, chociaż zdarzały się sytuacje, w których o 7.30 rano dowiadywałam się, że on ma przynieść do szkoły gumkę, korki od wina, rolki od papieru toaletowego, sznurek, pineski, patyczki laryngologiczne (do wyboru). Już wtedy nie byłam w stanie zrozumieć, czemu nie mówi mi o tym zapotrzebowaniu zaraz po szkole.
Teraz jest o niebo gorzej.

Od tygodnia wiem, że robi prezentację z Bitwy pod Kałuszynem. Koncepcja zmieniała mu się kilka razy dziennie. I ja też kilka razy dziennie dopytywałam się, jak mu idzie. Ponoć szło dobrze. No i właśnie dziś się dowiedziałam. O godzinie 21 moje dziecko w szale tworzenia zamknęło się w pokoju i co chwila wpadało do mnie jak bomba bo:
- mamo, poszukaj mi zdjęć
- posłuchaj czy dobry podkład muzyczny zrobiłem
- co ja mam tam jeszcze wrzucić?
- dobrze to napisałem?

Po dłuższym czasie zostałam zaproszona do obejrzenia owocu miśkowej pracy. I co zobaczyłam? Kwiatki moi drodzy, w przeważającej części kwiatki straszliwe.
Na przykład po ukazaniu się napisu - "wojsko polskie przeszło do ataku", moim zdumionym oczom ukazały się dumnie kroczące niemieckie oddziały.
Coś mnie trafiło i trzyma do tej pory.
Najpierw zdrowo się uśmiałam, ale w tej chwili mnie trzęsie ze złości.

Próbowałam znaleźć jakieś zdjęcia ze wspomnianej bitwy, ale wujek Google z ciocią Wikipedią chyba się na mnie obrazili, albo tam nikt nie miał aparatu. Z innych bitew i owszem - setki, a z tej nie ma! Gdyby to moje dziecko przyszło do mnie kilka dni temu i powiedziało, że nie może sobie poradzić, coś byśmy razem wymyślili. W tej chwili żadnego wyjścia nie widzę.
Ja jestem z tych matek, co to za dziecko nic nie robią, sprawdzam efekty pracy ale staram się nie wyręczać go w jego obowiązkach. Dziś poszłam na ustępstwo w kwestii googlowania bo widziałam, że nie może sobie poradzić a bardzo mu zależy.

Na domiar złego właśnie zawiesił mu się komputer i cała praca poszła w diabły. On wyje, ja się złoszczę. Nie ma co, uroczy koniec dnia.

Pozostaje jeszcze problem wychowawczy. Bo tak - jak on tej pracy nie przyniesie na jutro to dostanie jedynkę. Jak dostanie jedynkę to nie będzie miał piątki na świadectwie. Żal mi go, bo uczciwie pracował przez cały semestr. Co robić? Gdyby mu się ten komputer nie zawiesił, to po drobnych poprawkach miałby całkiem fajną prezentację. Gdyby zabrał się za to wcześniej, to nawet w przypadku awarii komputera byłby w stanie zrobić to ponownie. Dylemat mam i moralniaka. Skłaniam się przy wyjściu mało wychowawczym. Usprawiedliwienie na jutro? Z drugiej strony mam opory. Nie chcę, żeby mu ta beztroska uszła na sucho. Przecież za parę lat nie pójdę do jego szefa i nie powiem, że nie wypełnił obowiązków, bo się źle czuł, albo mu się komputer zawiesił.
Wychować dziecko na cwaniaka co umie się ślizgać ledwie dotykając fali brzuchem?

Tęskno mi za czasami, kiedy moim największym problemem związanym z dzieckiem były pytania z serii "czemu on płacze", "czy aby ta kupka ma właściwy kolor"albo "dlaczego on nie przesypia całej nocy".

Idę spać, może rano będę wiedziała, co mam robić.
A zdjęć nie ma, bo mi baterie w aparacie siadły :(

00:09, porzeczkowa-ja
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 maja 2009
uparty tytuł nie chce się wymyślić....
Wesela już za nami. Nareszcie! Miło jest się pobawić, potańczyć, ale marzy mi się weekend tylko dla mnie. Spokoju mi trzeba i chwili wytchnienia. Chciałabym posiedzieć z robótką, zająć się ogrodem. Oj jak bym chciała...

Nie było kiedy rozsiać nawozów pod kwiaty. Muszę to zrobić w sobotę, bo znów mi azalie zastrajkują i nie zawiążą pąków kwiatowych na przyszły rok. W zeszłym roku zapomniałam i mam za swoje. Żółta i bladoróżowa się obraziły i mają po dwa kwiatki, a zawsze wyglądały jakby je ktoś oblepił w kolory. Na swoją kolej czekają też clematisy. One nie strajkują, będą kwitły jak szalone, ale choćby tym nawożeniem muszę im się odwdzięczyć za radość, jaką nam sprawiają swoim wyglądem.
Tylko różom już zrobiłam dobrze, ale to tylko dlatego, że nie musiałam kupować nawozu - zostało mi go prawie pełne pudełko z zeszłego roku. Mimo tego, że są już nakarmione, chyba nie urządzą nam takiego pachnącego festiwalu kolorów jak ostatnio. Mimo opatulenia ich na zimę agrowłókniną, kilka niestety zmarzło. Na szczęście, nie moje żółte piękności. Będą może niższe, bo tylko od dołu puściły pędy, ale na pewno równie piękne, jak zawsze.

Rozmarzyłam się ogrodniczo, a dziś dopiero czwartek. Zanim pojadę na naszą wieś muszę wytrzymac jeszcze dwa dni. Miałam zamiar jechać jutro po pracy, ale rano Misiek raczył mnie poinformować, że jutro wieczorem to on ma egzamin w kościele. Po egzaminie ma majówkę, a po majówce ma coś tam jeszcze. Też w kościele.
Jak tak dalej pójdzie to świętym zostanie...

Wszystko dlatego, że moje dziecko ma mieć w tym roku bierzmowanie. Tak sobie próbuję przypomnieć, czy ja z tym sakramentem też miałam tyle zachodu. Nie pamiętam żadnych egzaminów, książek z których się trzeba było do tego bierzmowania uczyć, codziennego biegania do kościoła na wieczorne msze przez kilka miesięcy. Albo mam krótką pamięć, albo coś się w kościele zmieniło. Szczerze mówiąc to mnie to już zaczyna poważnie wkurzać. W czasie Wielkiego Postu Misiek wracał z kościoła po Drodze Krzyżowej w okolicach godziny 21, często później. To ja pytam - kiedy te dzieci mają się uczyć? Czegoś innego poza religią oczywiście. Wracają ze szkoły o 16, powinny przecież coś zjeść i chwilę odpocząć zanim zabiorą się do lekcji. Tylko kiedy, skoro na 18 muszą być w kościele? Ja wszystko rozumiem, ale to już chyba gruba przesada. Nie jestem odosobniona, wszystkim rodzicom się to nie bardzo podoba. Bierzmowanie ma być późną jesienią a oni tak biegają już od stycznia.
Ciekawe, co księża przewidują na wakacje. Będzie doskonała okazja, żeby dzieciaki uczestniczyły też w mszach porannych.
Przesadzam, wiem, ale to nie ja zaczęłam...

Robótkowo w zasadzie ciągle coś się dzieje. Równolegle robię filecik dla mamy i mój chmurkowy sweterek. Przez te wesela miałam mniej czasu, bo najwięcej zawsze udaje mi się zrobić w soboty, a dwie straciłam bezpowrotnie.
Filecik w zasadzie jest skończony, zostało tylko obrobienie go dookoła ale... ZABRAKŁO MI KORDONKA! W połowie pierwszego boku mi zabrakło. Musze dokupić, ale nie mam czym pojechać do pasmanterii. Jak na złość to ta, do której mam najdalej. Samochód pojechał z moim mężuniem na wieś, a ja piechotą tam w żaden sposób po pracy nie zdążę. Musze poczekać do poniedziałku, innego wyjścia nie mam.
Zakładka na wymianę wyhaftowana, tylko uszyć to jeszcze jakoś muszę. To dla mnie najtrudniejsza część pracy. Pojęcia nie mam, jak ja to zrobię. Jakoś będę musiała, może pójdę w łaskę do siostry męża. Szyć na maszynie nie potrafę, chociaż dwie maszyny w domu stoją. Wiem, wiem - wstyd i hańba! Mam wielki plan, żeby się w końcu nauczyć. Może w tym roku?

Zdjęcia wrzucę wieczorkiem, z domu. Jak nie zasnę w przedbiegach. Teściowa mnie dziś obudziła bladym świtem, bo jej się przypomniało, że skończyło jej się "białe picie". Tak ona nazywa gazowane świństwo z Biedronki. W związku z tym mam obudzić męża, co to właśnie zdążył zasnąć po powrocie z nocnej zmiany i pogonić go do wspomnianej Biedronki. Już się rozpędziłam. Pojechać pojechał, ale później. Jakoś z pragnienia chyba nie pomarli.

No to do wieczora :)
14:35, porzeczkowa-ja
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 maja 2009
Candy u Neruli
Po raz pierwszy nie oparłam się zabawie Candy. Ślinka mi poleciała na widok piękności jakie rozdaje Nerula z blogu Magia krzyżyków. A rozdawnictwo to uprawia z okazji zbliżających się pierwszych urodzin bloga.
Same zobaczcie - czy można się temu oprzeć?

zdjęcie oczywiście zapożyczyłam z blogu Neruli :)
22:24, porzeczkowa-ja
Link Komentarze (2) »
czwartek, 14 maja 2009
Filet, wypowiedzenie i coś dla Realki :)
Dziś miałam trudny dzień. Od dłuższego czasu noszę się z zamiarem złożenia wypowiedzenia w pracy. Nie chce jeszcze pisać z jakich powodów, ale na pewno kiedyś to wszystko opiszę. Choćby ku przestrodze. Mogę  tylko powiedzieć, że czas, który tam spędziłam był jednym z trudniejszych okresów mojego życia. No i dziś właśnie w końcu odważyłam się porozmawiać z szefową. Jeśli wszystko ułoży się tak, jak powinno, już niedługo odzyskam wolność i niezależność. Przysięgam, już nigdy nie pójdę pracować do firmy, której nazwy w żaden sposób nie można znaleźć nawet w internecie.

Teraz weselsza część wpisu. Filecik rośnie nadspodziewanie szybko, już przekroczyłam połowę. Dziś wygląda tak:

Jeszcze trzy listki, kilka gałązek i będę ją obrabiała dookoła. Mamie się spodoba... Już niedługo Jej święto, a to naprawdę najwspanialsza Mama pod słońcem :))

Teraz obiecany skórzecki ołtarz, specjalnie dla Renatki. Myślałam, że mam ładniejsze zdjęcie ale niestety, strasznie nieostre, więc wstawiam choć fragment.

21:23, porzeczkowa-ja
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 11 maja 2009
weselnie - filetowo
W tym miesiącu mamy urodzaj na wesela. Jedno za nami, a następne już w przyszłą sobotę. Wybawimy się za wszystkie czasy.
Takie wesela, jak to ostatnie to ja lubię najbardziej. Wielkie (daję słowo, ze 200 osób tam było), wiejskie weselicho, z prawdziwymi oczepinami, przyśpiewkami, ciocią z Ameryki i normalnymi potrawami. Żadnych dzików wypchanych kaszą gryczaną, żadnych schabów na słodko i jagnięcin. Zwykły rosołek, kotleciki, bigosiki, barszczyk czerwony i paszteciki. Fajnie było! Muzykanci grali, aż nogi się same do tańca rwały, śpiewali, gadali, nie dawali sobie odpocząć.
Nie znaczy to, że innych wesel nie lubię, ale zawsze najbardziej podobały mi się te wiejskie, bez zadęcia, bez karocy z czwórką koni, sztucznych ogni i wygłaszanych przez co ważniejszych członków rodzin toastów. Tutaj było cudnie.
Pokażę Wam tylko kościół w Skórcu, w którym odbył się Ślub

No i czas zejść na ziemię i pochwalić się, co w temacie robótkowym. Niestety, chwalić się nie bardzo jest czym hmmmm
W oczekiwaniu na druty z Zamotanych dorwałam się do pierwszej w moim życiu serwety filetowej. Bardzo przyjemna technika. Iza, miałaś rację, że to nie jest takie trudne. Pewnie nie obeszło sie bez kilku błędów, ale ja jako laik, poza jednym, bardzo widocznym, nie dostrzegam ich więcej.


Aaa, przesyłka z Zamotanych (link u mnie w zakładkach) dotarła do mnie dziś rano. Dostałam drutki, dwa motki zielonej melanżowej Luny i gratisik w postaci szpileczek z kolorowymi główkami.
Teraz już mam czym kończyć chmurkowy sweterek :))

22:26, porzeczkowa-ja
Link Komentarze (15) »
 
1 , 2
Dodatki na bloga
Dodatki na bloga
Dodatki na bloga