RSS
czwartek, 26 marca 2009
Słonecznikowe maleństwo

Dziś zabrałam się za konie. Wykorzystuję rzadkie chwile, kiedy nie kręci mi się w głowie i gonię do przodu. Wyciągnęłam też dawno skończony słonecznikowy hafcik. Miał być prezentem dla mojej siostry, ale jakoś nie zdążyłam z nim na dzień jej imienin, dostała inny prezent a ja zostałam z pomysłem na całą serię, którą zamierzam powiesić w kuchni. Leżał sobie słonecznik w szafie, ramka też sobie leżała i dziś jakoś wpadły mi w oko. Dorobiłam tylko zieloną rameczkę i proszę bardzo - jest :)

Ta zieleń jest w rzeczywistości zupełnie inna, ale co poradzić jak się nie potrafi zrobić porządnego zdjęcia.

Nabrałam szalonej ochoty na następne kwiatki z tej serii ale mój mąż chyba by umarł ze śmiechu. Już widząc jak wyciągam konie podejrzanie się zachowywał. No, ale słonecznik pomógł mi oprawić. Przyznam się, że ja nie mam cierpliwości do przesuwającej się kanwy, szkiełka, które się cały czas brudzi i tej sklejki na dole, która wcale nie chce wejść tam, gdzie powinna. W takich wypadkach mój mąż jest nieoceniony. 

21:11, porzeczkowa-ja
Link Komentarze (5) »
środa, 25 marca 2009
Tygrysek, serweta i zapalenie oskrzeli

Dopadły nas paskudne choróbska. Najpierw chorował Michał, teraz ja. Od zeszłego czwartku lekko gorączkowałam. Brałam sobie jakieś syropki, gripeksy i inne pierdółki no i oczywiście raźno maszerowałam do pracy, bo przecież świat by się zawalił gdybym nie poszła. Ledwie dotrwałam do soboty. Myślałam sobie, że jak poleżę przez weekend to cudownie ozdrowieję. W poniedziałek wstałam z gorączką zwalającą z nóg, bólem brzucha i takim kaszlem, co to wyrywa wnętrzności. Żeby sobie ktoś nie pomyślał że zmądrzałam, to od razu się przyznaję, że ubrałam się i prawie na czterech pomaszerowałam do pracy. Ocknęłam się dopiero jak włączyłam komputer, spojrzałam w monitor i zamiast normalnej tapety zobaczyłam niewyraźne coś. Poszłam do lekarza jak na ścięcie i prosze bardzo - wykluło mi sie cudowne zapalenie oskrzeli. No i siedzę w domu z duszą na ramieniu bo a nuż nie powinnam? Kaszel dalej mną telepie, robótki leżą odłogiem. Nie jestem w stanie utrzymać igły w ręku. Taka chora to ja już nie pamiętam, kiedy byłam. Dziś jest troszkę lepiej ale i tak czuję, że jak już napiszę tę notkę to padnę jak po przebiegnięciu maratonu.

Wyciągnęłam dziś z szafy konisie ale nie zrobiłam ani jednego krzyżyka. No, ale wyciągnęłam i pewnie jak tylko się lepiej poczuję to się za nie zabiorę. Tymaczasem pokażę co wydziubdziałam przed chorobą.

Najpierw tygrysek który już zerka jednym okiem

 

i moja pierwsza w życiu serweta,  jeszcze nie uprana i nie naciągnięta, ale jest

No to się napisałam, nachwaliłam a teraz zmykam do łóżka. 

 

22:27, porzeczkowa-ja
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 marca 2009
Miasto Śniących Książek

Wczoraj skończyłam "Miasto Śniących Książek". No i tak naprawdę nie wiem, czy mi się podobało, czy raczej wcale. Akcja dzieje się w Księgogrodzie - mieście, które żyje książkami, z książek i dla książek. Liczba antykwariatów oszałamia. Księgarnie są na każdym rogu - w ilości przytłaczającej. I wśród tego przepychu młody, bo zaledwie siedemdziesięcioletni smok z Twierdzy Smoków.

     Hildegunst Rzeźbiarz Mitów, bo o nim właśnie mowa, przywędrował do miasta w poszukiwaniu autora rękopisu, który jest tak doskonały, że nic lepszego nikt nigdy nie napisał. Poszukiwania doprowadzają go do pewnego antykwariusza za którego sprawą trafia w najbardziej mroczne strefy miasta.  Przygody smoka w katakumbach Księgogrodu to ciąg przeróżnych zdarzeń, mniej, lub bardziej interesujących. Autor miał ciekawy pomysł, jednak chwilami mam wrażenie, że sam się swoimi pomysłami nudził i porzucał je w połowie lub kończył wątki najszybciej, jak potrafił. Chwilami akcja rwie do przodu by za chwilę zwolnić i to tak, że miałam ochotę z niecierpliwością przerzucić kilka stron. Muszę przyznać, że postacie stworzone na kartach książki w większości przypadły mi do gustu. Jak tu nie polubić Straszliwych Buchlingów? Albo tragicznej postaci wykonanej z papieru który na słońcu natychmiast staje w ogniu. Trzeba docenić również kunszt Rdzawych Gnomów i ich podziemnych budowli. Szczególnie polubiłam Kolofonusa Deszczblaska - łowcę książek, który zupełnie nie nadawał się do tego zawodu a jednak był w nim najlepszy. Oczywiście katakumby zamieszkują również mniej sympatyczne istoty - książkowe robaki, Pająxxxxy, olbrzym z tysiącem trąb i wiele, wiele innych. Są miejsca budzące grozę ale i takie, które mimo położenia głęboko pod ziemią mają miłą, niemalże domową atmosferę. Zapomniałabym o Książkach - Żywych Książkach, Niebezpiecznych Książkach, Książkach pułapkach... Trzeba koniecznie zajrzeć do Księgogrodu, żeby to wszystko zrozumieć, bo opowiedzieć się nie da...

W tej chwili jestem przekonana, że książka może się podobać. Właśnie sama sobie odpowiedziałam na pytanie. Jeśli jeszcze kilkanaście godzin po skończeniu lektury jestem w  stanie wczuć się w jej atmosferę i wspominać ją z miłym uczuciem to znaczy że tak - warto przeczytać "Miasto Śniących Książek" !

 

Czas na lekturę nieco mniej bajkową. Na nocnym stoliku położyłam tę książkę:

Z Gaimanem spotkałam się już przy okazji "Nigdziebądź". Spodobało mi się na tyle, że teraz sięgam po następną książkę tego pana. Zobaczymy...

19:42, porzeczkowa-ja
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 16 marca 2009
Taka sobie - chorobowo, psia notka..

Za oknem paskudnie, w domu też nie lepiej. Rozchorował się mój Michał. Niby duży już i nie rwę włosów z głowy jak kiedyś, ale i tak serce mi się kroi jak leży taki biedny, rozpalony gorączką. Wróciliśmy właśnie od lekarza. Niby nic poważnego ale coś tam mu leży na oskrzelach. Wczoraj nie mogłam uwierzyć patrząc na termometr - 39 i trzy kreski. Takiej gorączki to on od bardzo dawna nie miał. Dziś rano uprzytomniłam sobie, że moje dziecko ma już 15 lat i w związku z tym pojęcia nie mam, czy go jeszcze przyjmą w dziecięcej przychodni. Okazuje się, że do końca wakacji jeszcze tak, potem już trzeba do dorosłej. A niedawno jeszcze nosiliśmy zawiniątko w kombinezonie. Nie wiem, kiedy ten czas minął.. Nie poszłam do pracy, mimo, że opieka już mi się nie należy to nie zostawię dziecka z taką gorączką samego w domu.

 

Robótkowo to sobie pogoniłam z serwetką i jestem teraz w punkcie, z którego wyjścia nie widzę. Będę musiała pokombinować i pewnie dwadzieścia razy spruję, zanim dojdę do ładu ze wzorem. 

 

Za to weekend spędziliśmy w naszym domku. Psy wybiegane i zadowolone. Ogródek budzi się do życia - zakwitły przebiśniegi. Dziwne, bo nigdy ich u mnie nie było i jestem pewna, że ich nie sadziłam ale skoro są, to pewnie same przyszły i już zostaną.  Kwitną też stokrotki w trawie. Zaskoczyły mnie strasznie, bo ja je kojarzę raczej letnio a tu proszę - marzec i już rozwinęły różowiutkie główki! Krokusiki też zaczynają pokazywać, że mają zamiar się rozwijać. Cieszy mnie to bardzo. Czuje się taką niecierpliwość w naturze. Drżenie w oczekiwaniu na pełny start w wiosnę. Pąki na krzewach już wyraźnie szykują się do pękania. Ehhh i natura i ja tupiemy ze zniecierpliwienia. Już niedługo....

 

Ja tu jeszcze nie pokazywałam moich futrzastych dziewczyn. Chyba czas je przedstawić. 

To moja najukochańsza, najbardziej wyczekiwana i najbardziej delikatna ze wszystkich moich psów Tina

Niepodzielnie rządzi w domu i jest bardzo zaborcza jeśli chodzi o nas. Jeśli nie głaszczę jej, to nie mam prawa potarmosić nikogo.  Z tego powodu Sheila, chociaż większa i silniejsza, jest tarmoszona ukradkiem, żeby nie stwarzać sytuacji konfliktowych. Sheila jest na drugim miejscu pewnie dlatego, że jest przygarnięta. Przyplątała się do nas dwa lata temu, położyła się pod furtką i została. Nie miałam serca jej tam zostawić. Była zima, mróz i śnieg a ona taka biedna na tym śniegu, taka piękna i taka łaskawa. Bez protestów dała się podporządkować Tinie i taki stan trwa do dziś. Moje dziewczyny bardzo się lubią, bawią się godzinami, śpią obok siebie, ale kiedy Tina nie ma humoru Sheila schodzi jej z drogi. Nie wtrącamy się w ich układy. Psie sprawy, my - ludzie, nie mamy o nich pojęcia.

A to nasza Sheila

 

W tle ściąte pierwszym przymrozkiem georginie. Gdyby nie to, że Sheila wyszła pięknie na tej fotce, ze względu na te badyle pewnie bym jej nie wstawiła :)

 

Teraz pędzę robic gorącą herbatkę mojemu Miśkowi. Herbatka, lekarstwa i mama obok sprawią, że minie tydzień i mam nadzieję, będzie po chorobie.

 

14:53, porzeczkowa-ja
Link Komentarze (4) »
piątek, 13 marca 2009
Pięć srok za ogon?

Przedwczoraj "przypadkiem" kupiłam sobie gazetkę z wzorami szydełkowych serwetek. Przyznaję się bez bicia, że jestem strasznym zapaleńcem. Jak sobie coś wymyślę, to muszę już, natychmiast, bez chwili zwłoki zacząć realizować plan. Te serwetki wpadły mi do głowy i koniecznie musiałam sprawdzić, czy ja własnymi rączkami będę umiała coś takiego zrobić. Do tej pory szydełkiem udało mi się zacząć kilka sweterków. Dwa nawet skończyłam. Serwetek nie robiłam nigdy. Kiedy plan mi się już skrystalizował prosto po pracy poleciałam po potrzebne nici, szydełko, gazetkę. Wiecie, jak się brać do roboty, to rzetelnie.

Kupiłam szydełko nr 1.0 mm i nici których oznaczenie nic mi nie mówi. To jakaś ariadna. Poza tym napisano na etykiecie - Muza, 30 tex x 4 100g i jeszcze 100% bawełna - 830m. Pojęcia nie mam o co chodzi. W gazetce podane były nici Cable5 ale takich w mojej pasmanterii nie było. Ledwo się powstrzymałam przed zamówieniem ich w internecie :) Normalnie szalona ta moja głowa! Nic to, pani w pasmanterii powiedziała, że te, które kupiłam nadają się do serwetek. Niech będzie. Jak się już nauczę porządnie szydełkować to sobie kupię takie nici, jakie są potrzebne. Na razie próbuję.  Moja "serwetka" wygląda w tej chwili tak:

Przypomnę, że dzień przed szydełkowym szaleństwem oznajmiłam mężowi, że teraz to ja będę robić kartki świąteczne i pokazałam mu jajo z poprzedniej notki mówiąc - o! takie właśnie jaja zrobię i wszyscy je od nas dostaną. Tylko głową pokręcił i cos jakby krzywo się uśmiechnął. Niedowiarek jeden!

Kiedy wróciłam do domu z wspomnianym szydełkiem, nićmi, gazetką i rozłożyłam to wszystko na stole, mój wredny mąż z wielkim entuzjazmem wykrzyknął

-Kochanie! To już mamy dosyć tych kartek? Na pewno wystarczy dla wszystkich?! 

Uduszę kiedyś, no uduszę albo coś innego mu zrobię. Śmiałam się chyba z pięć minut. Jak on dobrze mnie zna, niebywałe! :)))

Nie byłabym sobą, żeby zostawić te kartki w spokoju i proszę bardzo - bardzo świąteczną dziś zrobiłam. Niesłychanie świąteczną! 

Teraz chyba pójdę sobie pomachać szydełkiem, potem pokrzyżykuję, a jutro może zrobię kolejną superświąteczną kartkę?

22:27, porzeczkowa-ja
Link Komentarze (2) »
wtorek, 10 marca 2009
Lekko kompromitujący wpis...

Dziś się skompromituję i pokażę mój pierwszy haft. Bratki miały mieć backstiche, ale pojęcia nie miałam, o co w tym chodzi i jak widać - nie mają. Dumna byłam z siebie strasznie. Wiszą sobie skromniutko w mało widocznym miejscu i wisieć będą, bo nie schowam. Pierwsze więc najważniejsze :) Cóż z tego, ze krzyżyki nierówne, że haft ściągnięty. Cieszę się, że je skończyłam i że potem już nie mogłam przestać krzyżykować.

 

Dziś zrobiłam moje pierwsze jajo techniką "iris folding". Wzór znalazłam w nowej "Wenie". Oczywiście musiałam się pospieszyć i krzywo wyciąć karteczkę. Nic to, pierwszy raz rzadko bywa udany, prawda? 

Spodobała mi się ta technika. Jutro muszę zrobić papierowe zakupy. Kolorowe papiery do pakowania prezentów będą w sam raz. Albo takie błyszczące? Zrobię odpustowe jajo a co! :)

 

23:19, porzeczkowa-ja
Link Komentarze (3) »
niedziela, 08 marca 2009
Ogrodowo, tygryskowo :)

Zaczęłam już być w wiosennym nastroju i co? I wstaję sobie dziś rano a tu śniegu po kolana! Ja się tak nie bawię. Chętnie zabrałabym zabawki i poszła do innej piaskownicy, ale jakoś za dużo tych zabawek się uzbierało. 

Wczoraj się złościłam na syna za wielką górę śniegu, którą usypał w ogrodzie, bo tylko ona przypominała mi o zimie, a tu proszę, co tam mała górka - cały ogród biały...

No właśnie - ogród! Nie pisałam jeszcze, że o ogrodzie też tu będzie, bo ja uwielbiam sadzić, przycinać, podwiązywać, nawozić, strzyc, kopać, pielić...  Tylko truć różnych żyjątek nie lubię i staram się tego nie robić. Niestety, z mszycami metody naturalne nie skutkują. Pożerają moja róże więc oko za oko!

Róże i georginie - to moje ukochane kwiaty. Co rok staram się zdobyć nowe odmiany. No właśnie! Wczoraj byliśmy z mężem w centrum ogrodniczym - chciałam sobie kupić doniczkę do uratowanej spod śmietnika jukki. Przycięta i wsadzona w wazon z wodą, wypuściła już ogromne korzenie i domaga się zmiany środowiska na bardziej naturalne. Doniczki nie kupiłam, za to kupiłam dwie georginie. Dalie, jeśli ktoś woli tę nazwę.

Piękne, prawda? :) Teraz tupię z niecierpliwości bo ja bym już chciała zobaczyć, czy będą tak wyglądały, jak zakwitną.. Kiedy pojawią się pierwszy pączek co rano idę zobaczyć, czy aby się już nie rozwinął choć odrobinkę. Ile to jest radości kiedy kwiat już się pokaże w całej krasie.

Żałuję tylko, że nie mogę codziennie doglądać swoich cudów. Z powodu pracy i szkoły naszego syna, musimy tymczasowo mieszkać w mieście a ogród mam tylko weekendami. Dojazdy są męczące, zwłaszcza dla męża, który ma najdalej. Czasami po prostu dajemy się ponieść magii lata i dojeżdżamy, ale to wtedy, kiedy w mieście nie da się już wytrzymać a u nas jest tak pięknie. Nawet wstawanie o piątej rano nie jest wtedy męczące.

 Strasznie się rozmarzyłam wiosennie, letnio i ogrodowo a za oknem zima. Pewnie chwilowa, bo nie ma mrozu i cały ten śnieg narobi tylko zamieszania. 

Tygrysek się robi i nawet dziś mogę się pochwalić. Skończyłam, pierwsza kartkę wzoru, zostały jeszcze dwie i zabieram się za konie!

Pewnie dziś spokojnie sobie pokrzyżykuję. Nie mamy żadnych planów i cały dzień mam dla siebie....

10:37, porzeczkowa-ja
Link Komentarze (4) »
piątek, 06 marca 2009
Kwiatowo... Książkowo...

Kwiaty to zaraz po koniach mój ulubiony temat obrazków. Zawsze sobie obiecuję, że na jakiś czas dam sobie spokój z ich haftowaniem, ale zawsze jakiś wzór mnie zachwyci i chcąc niechcąc muszę się za niego zabrać. Okazuje się, że kwiatów mam chyba najwięcej w moim dorobku krzyżykowym.

Peonię zrobiłam zaraz po przeprowadzce. Bardzo mi pasowała do salonu. Miałam puste ściany i smutno to wyglądało.  To był pierwszy obrazek, który haftowałam bez zaznaczania kratki. Stwierdziłam, że wzór jest na tyle prosty i nie ma "skakania kolorami", że na pewno sobie poradzę. Jak widać, udało się :)

 

Ten obrazek zrobiłam w prezencie dla siostry mojego męża. Tak mi się spodobał, że kiedyś na pewno wyhaftuję taki dla siebie. W serii są trzy różne wzory i nawet mam już na nie przygotowaną mulinę. Teraz poproszę tylko więcej dziennego światła (czarna kanwa wymaga dobrego oświetlenia) i któregoś pięknego dnia wstanę z przeświadczeniem, że własnie dziś zaczynam nowe kwiaty.

 

Oprócz haftu krzyżykowego moją pasją są książki. Nie potrafię zasnąć jeśli nie przeczytam choćby kilku stron. Tak sobie myślę, ze skoro to jest mój blog, to mogę tu sobie pisać co tylko zechcę. O książkach, które przeczytałam i przeczytam też mogę. To chyba nikt się nie pogniewa, jeśli od czasu do czasu pomarudzę o czytaniu?

Właśnie skończyłam doskonały horror Briana Lumleya "Nekroskop". Czasem lubię się troszkę przestraszyć a tutaj autorowi udało się wytworzyć atmosferę, w której podniosły mi się włoski na rękach. Jeśli ktoś lubi to polecam. Rzecz traktuje o człowieku, który rozmawia ze zmarłymi. To ten dobry bohater. Jest i żły, a jakże. Ten dla odmiany czyta tajemnice zmarłych z ich doczesnych szczątków postępując z nimi w sposób makabryczny. Wywiad paranormalny, wampir, KGB, duch Mobiusa, walka dobra ze złem - wartka akcja i naprawdę nie sposób się znudzić. 

Teraz zabieram się za "Miasto Śniących Książek" Waltera Moersa. Słyszałam mnóstwo pochlebnych opinii na temat tej ksiażki i już zacieram ręce licząc na dobrą lekturę.

 

Wracając do tematu krzyżyków. Tygrysek haftuje się nadal, ale pochwalę się postępami dopiero, jak skończe chociaż jedną kartkę wzoru. 

00:09, porzeczkowa-ja
Link Komentarze (2) »
Dodatki na bloga
Dodatki na bloga
Dodatki na bloga